fullscreen
MR kończy sezon z hukiem

MR kończy sezon z hukiem

01/11/2012 sieplywa.pl

Dawno się nie odzywałem, choć powinienem, bo wiele się działo i również dlatego jakoś nie mogłem się zebrać do posadzenia tyłka przed klawiaturą i napisania tych kilku zdań. Nawet z PWA z Turcji od którego to już minęło prawie 2 miesiące nie zobaczyliście mojej relacji za po gorąco przepraszam.


Poleciałem tam prosto po nieudanych dla mnie Mistrzostwach Świata Formuły Windsurfing. Zaraz po tym jak Ross Williams odebrał tytuł i tłusty czek, obaj wsiedliśmy w samochody i ruszyliśmy na zachód. Rosco miał lot z Lipska, a ja i debiutująca w PWA Agnieszka "Goofy" Bilska z Berlina. O dziwo (bo to nigdy, przenigdy się nie zdarza) udało się dotrzeć na lotnisko ze sporym marginesem i tylko delikatnymi uszczerbkami na zdrowiu samochodów po najbardziej dziurawej trasie świata prowadzącej przez ósmy cud świata - Mazury.

Zaplecze PWA w Turcji Zaplecze PWA w Turcji


Na miejsce dotarliśmy w noc przed wyścigami. Na nasze szczęscie nie było jednak wiatru pierwszego dnia ścigania, więc udało się wszystko zorganizować, poukładać sprzęt w osobistych namiotach (organizacja na zawodach PWA rządzi!) i przygotować ciało i umysł na najbardziej spektakularny event roku. Dlaczego? Bo na idealnie płaskiej wodzie w Alacati prędkości zawodników są niesamowicie wyrównane, a trasa ograniczona niewielką szerokością zatoki. Tak więc pierwsza prosta jest około o połowę krótsza niż zwykle a na pierwszą boję zazwyczaj cała ósemka wpada jednocześnie.

Na pierwszej boi Na pierwszej boi


I tak jak kilka lat temu to był już "koniec" wyścigu i trzeba było tylko nie popełnić tragicznych błędów, tak teraz sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie a do ostatniej rufy (czego jestem najlepszym przykładem) trzeba mieć oczy dookoła głowy i... żelazne jaja.

Na trzeciej boi tego samego heatu Na trzeciej boi tego samego heatu


Dla mnie zawody zaczęły się co najwyżej średnio. Ćwierćfinał raz po raz okazywał się nie do przejścia, a gdy już byłem w top4 i witałem się z półfinałową gąską, zawsze coś się musiało stać. A to wszedłem w rufę 10cm za kimś i otrzymałem taką dawkę sprayu, że sprzęt się zatrzymał, a ja razem z nim. A to na idealnym antypoślizgu postanowiłem się poślizgnąć. A to ktoś zdecydował, że jednak nie podoba mu się myśl, że ja awansuje i postanowił mnie zdjąć. Także kolejka w kolejke mój dół stawał się coraz głębszy, a żale publicznie wyrzucałem komentując live stream z Benem Proffittem.


Robiąc to doceniłem, jak piękny i widowiskowy jest nasz sport. W każdym heacie działo się coś niezwykłego od kraksy Josha Angulo z Bjornem w której żagiel Bjorna rozdarł się zupełnie na pół począwszy, na Turku Icingirze, który zdołał na jednej boi zderzyć się z trzema kolesiami skończywszy. Ta ostatnia sytuacja była o tyle zabawna, że Peter Volwater, który upadła pierwszej boi i płynął daaleeeko z tyłu na ostatnim miejscu, zrobił ostatnią rufę wokół tratwy czterech leżących żagielków i awansował do półfinału, a potem do finału i na domiar ironii go wygrał.

Angulo przepoławia żagiel Dunkerbecka Angulo przepoławia żagiel Dunkerbecka


Pozostałe kolejki to już raczej popis Antoine'a, który zdominował te zawody jak to miał w zwyczaju 5 lat temu i zbliżył się do Bjorna na włos, w walce o Puchar Świata. Lecz również zdarzyło mu się nie wyjść ze swojego heatu pierwszej rundy (i nie to że złamał maszt czy się wywalił), także taka myśl trochę dodawała mi otuchy. I wreszcie w ostatni dzień miałem swoje 5 minut (no może 2 minuty). Pierwsza runda bez problemu, ćwierćfinał po tragicznie spóźnionym starcie jakimś cudem też przeszedłem, w półfinale z pierwszej boi wyszedłem trzeci zaraz za Bjornem i Antoinem no, ale niestety na drugiej boi postanowiłem sprawdzić czy woda w Turcji dalej jest tak ciepła jak kiedyś i do finału się nie zakwalifikowałem. Obiecałem sobie, że chociaż wygram finał loosersów i wystrzeliłem idealny start... szkoda że falstart.

Tu akurat czysty, perfekcyjny start Maćka Tu akurat czysty, perfekcyjny start Maćka


Tak właśnie zakończyły się dla mnie (prawie - w Korei było jeszcze gorzej) najgorsze regaty sezonu. W międzyczasie pojawiła się wieść, że na Paros zostaną zorganizowane odwołane w Argentynie Mistrzostwa Świata IFCA, więc przebookowałem swój bilet i udałem się do Grecji. Na miejscu pierwsze co mnie uderzyło to że akwen nie nadaje się nawet do zawodów optymistów, bo wiatr w zatoce wahał się od 5 do 35 węzłów. Całe szczęscie z zatoki dało się wyjść na bardziej otwarty akwen z równiutkim termincznym wiatrem i dużym chopem, a gdy organizator zapewnił mnie, że to właśnie tam będziemy rozgrywać zawody już zacierałem ręce. Zapomniałem jednak, że organizator jest
Grekiem
i oczywiście ścigaliśmy się w środku. Prócz tego postanowili ustawić największy katamaran jaki kiedykolwiek widziałem jako łódka linii startu, tak aby na pewno nikt nie przepłynął przez start z wiatrem w żaglu i żeby idealnie było widać falstarty (katmaran ruszał się na kotwicy po 20 metrów w każdą stronę). A gdy Andrea Rosati i ja skarżyliśmy się i prosiliśmy tylko o zamienienie łódki startowej z metową (idealna, jednokadłubowa, 5 metrowa łódź motorowa) to usłyszeliśmy, że dla każdego jest tak samo, a w kolejnym finale obaj tajemniczo mieliśmy falstart. Tajemniczo również sędzia nie znał gościa, który filmował każdy ze startów, a organizator stwierdził ze taki człowiek nie istnieje.

I kolejny killer start by Rutkowski I kolejny killer start by Rutkowski


I wszystko byłoby ok, gdyby nie to że przed ostatnim dniem siedziałem na 4-tym miejscu a prognoza była tragiczna. Jednak dwie godziny przed ostatnim możliwym startem pojawiło się piękne 18 węzłów totalnie znikąd. Z uśmiechem zacząłem się taklować spokojny o to, że będę jeszcze miał szansę się wykazać, a jak się nie uda to trudno. Nic bardziej mylnego. Najpierw godzinę szukano sędziego, aby znaleźć do w tawernie, po czym udali się do szkółki organizatora, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że w bojach nie ma już powietrza, a flagi są już odwiązane, wyczyszczone i spakowane. I to był koniec Mistrzostw Świata. Zatęskniłem za PWA...

Drag race vs. Bjorn Drag race vs. Bjorn


Mistrzem Świata IFCA został Gonzalo Costa Hoevel, przed Borą Kozanoglu i Andreą Rosatim, a ten o jeden punkcik przede mną. Żeby mnie jeszcze dobić płatne były tylko miejsca na podium. Ale już bez przesady z tą depresją, gdyby ktoś mi w styczniu powiedział że będę 4 na MŚ, nawet IFCA to raczej bym mu nie uwierzył, a pewnie popukał się w głowę i zapytał co palił ?.


Następnie miałem sekundkę na odpoczynek w domu i przyczajenie się na prognozę, która jednak nie chciała się zmaterializować, natomiast wyglądała na prognozę stulecia na PWA Sylt. Będąc jeszcze w Turcji zgłosiłem się do wave'u, po cichu licząc że może wylosuje kogoś na podobnym poziomie w 1szej rundzie i uda się przejść ten jeden heat albo wave w ogóle się nie odbędzie tak jak już wiele razy na Sylcie. Więc gdy już pierwszego dnia późnym wieczorem skończyli pojedynczą eliminację freestyle'u i zmienili dyscyplinę na wave serce zaczęło mi bić trochę szybciej. Niby robiłem to dla funu i niby nie miało to znaczenia, bo przecież nikt się nie spodziewał, że mogę cokolwiek zdziałać, ale i tak baaardzo chciałem wygrać ten heat. Niestety w warunkach kompletnego onshore'u niełatwo było cokolwiek zrobić. Otworzyłem marnym stalled forwardem, a potem każdą falę zaczynałem OK zakrętem, ale przy drugim lub trzecim, w krytycznej sekcji, za każdym razem lądowałem w wodzie nie dając sędziom szans dania mi zbyt wysokich ocen. Moim przeciwnikiem był Kevin Mevissen, prawdopodobnie najmocniejsza dzika karta razem z Joshem Angulo i 7my zawodnik zeszłorocznego PWA Klitmoller nie dał mi szans w skokach, lecz mimo marnego w moim wrażeniu występu na falach i tak go w tym aspekcie pokonałem. Podsumowując jednak odpadłem z pierwszej eliminacji w pierwszej rundzie.

Maggol celuje w sekcje Maggol celuje w sekcje


Kolejny dzień był wg wszystkich zawodników zgodnie najlepszym dniem PWA wave touru przez cały rok. Wiatr skręcił na sideshore, pojawił się mocny 2-3 metrowy swell, a zawodnicy pokazywali niesamowite rzeczy. Jak dla mnie highlightem dnia zdecydowanie był heat Alexa Mussoliniego z Thomasem Traversą. Obaj jak dla mnie są mistrzami stylu, a prócz stylowych pionowych zakrętów i aeriali Musso rzucił największą wave 360 widzianą w PWA od czasów Ho'okipy, Thomas wylądował podwójnego, do tego obaj dołożyli taki i mniejsze wave360. Minimalnie wygrał Musso, któremu nie starczyło już sił na Kostera w następnym heacie, mimo że przez cały dzień notował dużo wyższe wyniki niż nie pokazujący nic specjalnego aż do finału Philip. W finale jednak pokazał co potrafi i znów prowadził po pojedynczej.

Monster wave360 Alexa Mussoliniego Monster wave360 Alexa Mussoliniego


Następnego dnia fala się utrzymała, ale wiatr nie bardzo chciał się pokazać. Po kilku godzinach czekania w końcu została podjęta decyzja o rozpoczęciu podwójnej eliminacji w moim ulubionych warunkach - float and ride. Bez skoku do oceny. Jednak mój przeciwnik był najlżejszym z całej 48-mki, około 60kg i znów był jednym z najtrudniejszych losów w pierwszej rundzie podwójnej. Byłem na 5.6 i na swojej największej desce, Jamie "Mini George" Hancock, bo o nim mowa chyba na 4.8 i 74L czy coś podobnego (swoją drogą trochę głupota z jego strony - na 5.3 i 85L zniszczyłby mnie tak, że nic by ze mnie nie zostało). Złapałem pierwszą, niedużą falę przy samej krawędzi competition zone i około 6-cioma zakrętami zmęczyłem, aż dziób dotknął piasku. Od tamtej pory heat bardziej przypominał dla mnie wyścig formuły niż zawody wave. Prąd był niesamowity i halsy śmierci w ślizgu na paluszkach doprowadzały mnie jedynie w środek zone'u, gdzie łapałem nienajlepsze fale ujeżdżając je we wszystkie znane mi sposoby - backside, frontside, reverse, na otwartej fali, w sekcji i na pianie.

MR robi co może na nienajlepszej fali MR robi co może na nienajlepszej fali


Szukałem taki jednak prąd był tak silny, że możliwa była tylko w zewnętrznej sekcji a tam wolałem nie ryzykować. W pewnym momencie zobaczyłem jak Jamie złapał falę wysokości logo (moje największe nie miały nawet 2 metrów) i z idealnym timingiem uderzył w sekcję. Na moje szczęście po tym fala zniknęła i nie był w stanie już nic na niej zrobić. Tak czy owak, zobaczywszy taką małą próbkę byłem pewien że przegrałem. Wychodząc na plażę zobaczyłem jednak Bena van der Steena z oboma kciukami wysoko w górze, a potem komentator potwierdził moje najskrytsze marzenia i byłem w kolejnej rundzie, gdzie czekał na mnie Taty Frans.

Dzierżąc Polską flagę podczas otwarcia PWA Sylt Dzierżąc Polską flagę podczas otwarcia PWA Sylt


Rozpoczęliśmy ten heat jeszcze tego samego dnia, jednak po 3 minutach, gdzie wszyscy wylądowaliśmy poza zone'em heat przerwano i na kolejne dni byłem w pierwszym heacie zarówno wave'u jak i slalomu. W międzyczasie a swój fanpage na facebook'u wrzuciłem małą wypowiedź podsumowującą udany dzień i w detalach opisującą wygraną z Jamiem Hancockiem. Następego dnia podchodzi Proffitt: "zajebisty filmik, zapętliliśmy go i całą noc puszczaliśmy MiniGeorge'owi, teraz już nawet nie wychodzi z domu jest tak załamany hahaha". Chyba trafiłem w angielski humor, bo gratulacje (za filmik nie za heat) składali też Skyeboy, Swifty, Adam Lewis, a nawet Rich Page (PWA tour manager) i Hugo Lewis (PWA event manager). Całkiem śmieszne, ale i sympatyczne powitanie w świecie wave'u.

Między heatami wskazówki od Patrika i rozmowa o deskach Między heatami wskazówki od Patrika i rozmowa o deskach


Jeszcze bardziej sympatyczny okazał się mój heat z Taty'm Fransem. Oprócz tego, że próbowali zrobić go jeszcze 2 razy i za każdym razem prowadziłem, to gdy wreszcie dojechaliśmy ten heat do końca, mimo słabego występu, znów byłem górą. Tym razem liczył się jeden skok i zaliczyłem tylko stalled forwarda, wiedząc że punktów trzeba szukać na fali, a jeśli zostanie czas to poszukam lepszego skoku.

Pierwszą falą znów przejechałem całą strefę i znów trzeba było się halsować. Na kolejnej fali na backsidzie uderzyłem w sekcję i wystrzeliło mnie do aira tak mocno, że wylądowałem zupełnie przed falą, na płaskim, i od uderzenia usiadłem a desce, ale ustałem. Podjarany tym zdarzeniem na kolejnej fali trochę przesadziłem uderzając w 3 metrową sekcję wystrzelając największego backside aira w życiu, ale wylądowałem w pianie i zjadło mnie tak, że ostatie 1,5 minuty heatu mieliło mnie na skałach.

DUŻY backside air w wykonaniu MR23 DUŻY backside air w wykonaniu MR23


Ku swojemu zdumieniu przeszedłem i w kolejnej rundzie czekał na mnie Leon Jamaer, świeżo po swojej życiówce - 9. w Klitmoller. Nie bardzo mogłem znaleźć rytm w tym heacie. Zacząłem od zmarnowania 2 świetnych fal, bo chciałem uderzyć w sekcję najpóźniej jak się da i za każdym razem już po wykonaniu zakrętu zjadała mnie piana. Potem przez 5 minut było płasko i zdołałem tylko ustać chyba najniższego backloopa zawodów, ale za to "o suchych kostkach" co sędziowie bardzo cenią.

Maciek pionowo uderza w sekcje! Maciek pionowo uderza w sekcje!


Potem udało mi się złapać falę która nie chciała się wypiętrzyć i wiedziałem, że mimo 5 zakrętów wysoki score to nie będzie, a w ostatnich sekundach udało mi się złapać solidną falę, zrobić kilka zakrętów i mini aerialka. Okazało się, że w tym momencie potrzebowałem 5,36pkt, żeby wygrać ten heat. Sędziowie moją falę ocenili jednak na 4,75 i mimo, że na fali Niemca pokonałem to i tak o 0,61pkt odpadłem. Ale po heacie i tak miałem na ustach uśmiech, również dlatego że tym razem podszedł jeden z sędziów - Franky: "Wiesz, że masz nową ksywę?", a jak powiedziałem że nie mam pojęcia, to odpowiedział z uśmiechem: "Maciek Polakow-ski". I odszedł, zostawiając mnie zajaranego, oszołomiego i zaszczyconego za jednym zamachem.

M.in. ten manewr zapewnił Maggolowi kolejną ksywę - Polakowski M.in. ten manewr zapewnił Maggolowi kolejną ksywę - Polakowski


Podsumowując występ w wavie i tak przeszedł najśmielsze oczekiwania, bo skończyłem 17. notując tym samym najlepszy występ Polaka ever. Mam nadzieję, że ten wynik nie utrzyma się jednak długo bo chłopaki zepną kakaa przez zimę i poprawią go w przyszłym sezonie.

W międzyczasie był też slalom, obfitujący w dramat za dramatem. Kontuzjowany na wyspę przyjechał Ben van der Steen i w pierwszej eliminacji skończył w ćwierćfinale miejsce za mną i nie zakwalifikował się do półfinału podobnie jak Bjorn, więc walczący o zwycięstwo Antoine i walczący o podium Micah po pierwszym dniu mieli powody do zadowolenia. Kolejnego dnia w zacinającym deszczu i nierównym wietrze, przerwanych na 1 lub 3 boi zostało 14 heatów pierwszej rundy!!! Ostatecznie udało się dokończyć tą serię z niesamowicie spektakularnym finałem, w którym Bjornowi stało się to:



Antoine znów wygrał i gdyby tylko wiedział, że więcej eliminacji już nie będzie, mógłby w tamtym momencie cieszyć się już ze swojego 6-tego Mistrzostwa Świata PWA i 19-tego tytułu ogólnie. Gdy ostatniego dnia zaraz po tym gdy spiker ogłosił, że slalomu już na tych regatach nie zobaczymy, składałem AA gratulacje, ten 100-kilowy, prawie 40-letni Francuz płakał ze szczęścia.

Rutkowski vs. Mortefon Rutkowski vs. Mortefon


Ja we wspomnianej kolejce znów odpałem w ćwierćfinale - jadąc na 5tym miejscu chciałem koniecznie zaatakować Mortefona i po raz 28347298427239 popełiłem ten sam błąd, wchodząc za blisko za nim na boję i obaj wylądowaliśmy w wodzie, GRRRR.. Mortefon jednak szybko się pozbierał a we mnie jeszcze przypakował Arnon Dagan i już w ogóle się zaplątaliśmy. Slalom POL-23 zakończył na 23. miejscu z niedosytem, jak na prawie każdych regatach tego sezonu hehe. Na osłodę wygrałem szósty z rzędu event w kategorii poniżej 22 lat i miałem odebrać za tę kategorię Puchar Świata.


Stać u boku największego fenonemu ostatnich lat (odbierał młodzieżowy PŚ za wave), dzierżąć w dłoni cholernie ciężką statuetkę i być oklaskiwanym przez kilka (dziesiąt?) tysięcy ludzi zebranych na plaży - bezcenne. I mimo, że to nie jedna z głównych nagród i nie miałem jakiejś wybitnej konkurencji, to takie momenty sprawiają, że to wszystko, cały ten trening, wszystkie wyrzeczenia, cały stres , presja, momenty zwątpienia, przewlekle kłopoty finansowe, godziny spędzone na testach najmniejszych pierdół, nieimprezowanie, pot wylany na siłowni, itp.; to wszystko, każda minuta, było w 100% warte zrobienia.


A teraz rozpoczął się sezon ogórkowy. Czas na renegocjacje i podpisanie nowych kontraktów, zaliczenie szkoły i ogarnięcie zimowych wyjazdów. Ja już w połowie listopada uciekam do Australii, gdzie w Margaret River będziemy z Patrikiem Diethelmem pracować nad deskami 2014, strzelać zdjęcia, kręcić filmy, pracować nad marketingiem i oczywiście dobrze się bawić.

Pozdrawiam serdecznie
Maciek Rutkowski POL-23
BURN, Sylt Brands, Patrik, Unifiber, Loft, Quiksilver, Easy Sports, GoPro