fullscreen
MR23: Brudna Robota

MR23: Brudna Robota

28/11/2013 SiePływa.pl

Nazywasz się X. Masz 21 lat. Jesteś średniej klasy zawodnikiem Formuły Windsurfing i Slalomu. W niższych kategoriach wiekowych odnosiłeś niezłe wyniki, czasem nawet łapałeś się w trójce na Mistrzostwach Świata czy Europy. Teraz już drugi sezon będziesz seniorem i oczywiście wyniki już nie są tak dobre. Czasem na międzynarodowych zawodach łapiesz się w dwudziestce, co i tak większość współzawodników traktuje jako świetny wynik, ale ty masz większe ambicje. Twoi sponsorzy również. Dają ci sprzęt, ale kasę na wyjazdy i treningi musisz organizować sam. Imasz się więc różnych zajęć byle tylko mieć za co pływać. Prócz tego ciągniesz jeszcze studia, ale żaden z ciebie mózg. Wyniki masz średnie, wystarczające, żeby zdać każdy semestr, najlepiej bez poprawek, bo kto by tracił wrześniowie sztormy. Ambicji naukowych nie masz za dużych, ale magistra mieć wypada, poza tym kto wie, co będziesz robił za 10 lat - może się przydać.


W życiu prywatnym radzisz sobie nieźle. Masz dobrych kumpli, jesteś duszą towarzystwa, lubisz przyimprezować, ale bez przesady. Z kobietami dajesz sobie radę, choć jakoś nie możesz zatrzymać ich na dłużej. Każda z początku leci na surfera, ale gdy zobaczy trochę twojego życia od podszewki, ucieka do statecznego, nudnego typa z początkującym piwnym brzuszkiem. Twoja ostatnia dziewczyna zostawiła cię, bo zamiast kupić jej nowy ciuch kupiłeś sobie 10 metrów bezużytecznej białej linki, wyglądającej jak sznurek do gaci. 'Kto daje stówę za dziesięć metrów sznurka?!'. Nie chce ci się tłumaczyć, że na tym sznurku dałbyś radę powiesić ją i zgraje jej wkurzających koleżanek, wraz z ich jazgotliwymi yorko-chihuahami naraz. A tak w ogóle to nazywa się spectra i to nie jest żaden sznurek tylko dyneemowa linka do przedłużki, a 10zł za metr to była świetna okazja.

Kochana lineczka Kochana lineczka


Jeździsz T4-rką 1.9 TDI. Jest mniej więcej w wieku twojego młodszego brata, który chodzi do gimnazjum, ale trzyma się dobrze dziecinka. Fura, nie brat. Mógłbyś jeździć SLK, albo TT-ką na 19-stkach, ale zamiast samochodu przepływałeś sezon, a zamiast 19-stek zbudowałeś sobie na pace stelaż na sprzęt (i tak ci się nic nie mieści), a nad sprzętem łóżko. Dziewczyna, z którą byłeś przed tą od sznurka jak zobaczyła, że na takim czymś ma spać tydzień w jakimś lesie w Łebie, czym prędzej wsiadła w pociąg i tyle ją widziałeś.


Co by nie mówić, sensem twojego życia jest windsurfing i progres jest dla ciebie najważniejszy. Nadchodzący, drugi w seniorach sezon ma być dla ciebie przełomowy. Zeszły był rozpoznaniem, przetarciem szlaków, które niewielu udaje się z dobrymi skutkami. Zimę spędziłeś na siłowni, wśród koksów, którzy śmieją się z twojego marnego 85 kilo na klatę, ale zamykają się, gdy zaczynasz robić plecy. Już nie jesteś chłopcem, przytyłeś dobre parę kilo, co ma ci pomóc w osiąganiu lepszych prędkości.


Na pierwszym wiosennym treningu rozpakowujesz nowy sprzęt z folii, przykręcasz strapy, wkręcasz fina, szykujesz żagiel. Z wielką satysfakcją przekładzasz przez bloczki swój nowiutki 'sznurek do gaci'. Lekko ciągniesz, wkładasz kambery, zakładasz bom. Ciągniesz po maszcie, sprawdzasz ciśnienie na kamberach, notujesz sobie w pamięci, żeby dołożyć na dół spacer, albo dwa. Idziesz przebrać się w piankę. Przy drugiej nogawce słyszysz sakramentalne BAANG! Do połowy w gumie idziesz sprawdzić co się stało i oczywiście. Maszt złożony w pół, dziura w kieszeni. Oczywiście nie wziąłeś z domu zeszłorocznego masztu tej samej długości, bo kto by pomyślał, że zapałka strzeli przy pierwszym taklowaniu. Przy roztaklowywaniu carbonowe drzazgi wchodzą ci w palce. Na maksymalnym agresorze wrzucasz lekko już zeszmacony żagiel i w tej chwili już 3-częsciowy maszt na pakę. Jest ledwo 10 węzłów, ale nie po to przyjechałeś, żeby nie popływać. Bierzesz mniejszy żagiel . Tym razem taklowanie idzie w miarę gładko. Wychodzisz na wodę, ale w czasie gdy ty wbijałeś sobie kilo carbonu w ręce, wiatr postanowił siąść. Wydajesz z siebie nieartykułowany okrzyk, robisz sztag, ale wiatru jest na tyle mało, że gdy zwieszasz się na żaglu wpadasz na plecy do wody, a pięciostopniowa woda po całej zimie wlewa ci się przez kołnierz za piankę. Kara za darcie ryja w niebiosa. Pakujesz zabawki i jedziesz do domu z nadzieją, że złe miłego początki. Na polskim patrzyłeś za okno jak wieje, więc nie pamiętasz, że cytat z Krasickiego był dokładnie na odwrót.


Na następny trening umawiasz się na testowanie z miejscowymi chłopakami. Są to kolesie z drugiej połowy stawki Pucharu Polski, ale bardzo szybcy, tylko bez regatowego ogarnięcia. Pływają na starszym, ale sprawdzonym i ustawionym sprzęcie. Słowem idealni, żeby stestować z nimi nowy stuff. Wychodzisz na zeszłorocznym, zapasowym maszcie, bo oczywiście są problemy z wyreklamowaniem tamtego. Na pierwszym halsie zostajesz zniszczony na prędkość. Ustawiasz sobie linki trapezowe, powoli po zimie łapiesz pozycje, ale chłopaki dalej kręcą wokół ciebie kółka. Zaczynasz kombinować z ustawieniami. Ciągniesz coraz mocniej i mocniej po maszcie, bojąc się, że owy podzieli los poprzednika. Regulujesz żagiel po bomie, szukając złotego środka. Coraz bardziej cofasz paletę, aż zaczynasz odlatywać. Przekręcasz footstrapy w coraz to nowe dziury. Sprawdzasz statecznik za statecznikiem. Nawet te, które z poprzednią deską w ogóle nie działały. Wszystko to daje efekt, ale na pewno nie taki jakbyś chciał. Pod koniec dnia zdarzają ci się halsy, że jedziesz równo z chłopakami ku ich uciesze oczywiście. Zastanawiasz się, czy może to ten maszt nie pasuje. Notujesz sobie w pamięci, żeby przekopać garaż w poszukiwaniu podobnych masztów innych firm, których nie udało ci się sprzedać przez ostatnie parę lat.


Mija parę tygodni. Przez ten czas ciężko trenujesz. Znalazłeś całkiem niezły maszt do głównego żagla i powoli zaczynasz łapać lot. Ze wspomnianymi chłopakami jedziesz równo lub minimalnie szybciej, więc nie jest źle, w porównaniu do startu, ale nie satysfakcjonuje cię to ani trochę. W dalszym ciągu próbujesz najprzeróżniejszych ustawień i powoli, powoli idziesz do przodu.
W reszcie przychodzą pierwsze zawody. I to od razu z grubej rury. PWA Costa Brava. Nie masz pojęcia czy jesteś przygotowany. Nikt nie wymaga od ciebie pierwszej dziesiątki, ale wypadałoby nie dać plamy. Pierwszy heat dobrze ci idzie, przechodzisz dalej z 3ciego miejsca. Jesteś zadowolony, bo wszystko wydaje się iść dobrze, aż... BAANG! Na boi walisz dzwona z dwoma kolesiami. Jesteś bez szans. Rozjeżdżają cię jak szprotkę. Statecznik jednego wjeżdża ci do połowy deski. W wyniku uderzenia łamie ci się bom, a do tego dostajesz głowicą jednego z bomów w głowę. I oczywiście nie możesz nic z tym zrobić. Przeklęte 'no rules'.


Runda zostaje dokończona, ale na twoje ogromne szczęście wiatr siada, gdy już jesteś w szpitalu na szyciu głowy. Kilka szwów i po południu możesz zabrać się za naprawianie sprzętu. Gdy zabierasz się do tego zauważasz, że ekipa ratunkowa, która cię zwoziła zrobiła to tak umiejętnie, że złamała ci 4 listwy. Tymbardziej musisz zabrać się do roboty jeśli chcesz skończyć przed jutrzejszym skippers meetingiem, który został zaplanowany na 8-mą rano. Zakładasz swoją shaperską maskę i do dzieła.
Zaczynasz od deski. Wycinasz spory kawałek, żeby wyrównać krawędzie. Mikrobalony i carbon powinny załatwić sprawę. Rano, gdy wszystko wyschnie nałożysz szpachlówkę. Prościzna. Gdy już siadasz do połamanych listew czujesz dziwny zapach i jakby ledwo widoczny, malutki dymek unoszący się z deski. Dotykasz. Gorące jak cholera. Żywica musiała się zagotować. Ups, za dużo utwardzacza. Wracasz do listew. Standardowa rzeźba. Piła w rękę i tniemy. Cieńsze rurki do środka, grubsze na zewnątrz, wszystko zalać kropelką i git. Chcesz odłożyć listwę na ziemie, ale gdy zabierasz rękę listwa podnosi się wraz z nią. Cholerne szybkoschnące kleje. Przykleiłeś się. Bierzesz do ręki nóż i starasz się zostawić na listwie jak najmniej swojej skóry.


W końcu zabierasz się do bomu. Szlifujesz, dopasowujesz, szlifujesz, obwijasz carbonem, zawijasz peel ply'em i na rano powinno być gotowe. Uff udało się niczego nie spieprzyć. Od carbonowego pyłu wszystko cię swędzi. Gnojek wchodzi dosłownie w każdy zakamarek ludzkiego ciała. Jest druga w nocy. Próbujesz spać, ale pył wlazł ci do rany. Drapiesz, drapiesz aż w końcu wydrapujesz szwy. Krew się leje, a ciebie ciągle swędzi. Wreszcie mówisz dość. Wyjmujesz perfumy (przydają się częściej niż woda utleniona) i dokonujesz zabiegu dezynfekcji. Szczypie jak cholera, ale lepsze to niż swędzenie. W końcu udaje ci się zasnąć.

Rano jesteś niewyspany jak niedźwiedź po lecie. I co? Oczywiście wieje. Szybko nakładasz szpachlówkę, ręcznie przeszlifowujesz i na wodę. Tym razem udaje ci się przejść 2 heaty i lądujesz w półfinale. Masz niezły start, szkoda że falstart. Jesteś prawie pewien, że się spóźniłeś przecież Albeau i Dunkerbeck byli na lini przed tobą. No ale nie nazywasz się Dunkerbeck, więc spadaj na brzeg nabrać trochę pokory. Na finał B wychodzisz z konkretnym agresorem. I oczywiście kończy się to źle, bo już na pierwszej boi pakuje się w ciebie Peter Volwater. Jesteś bliski zabicia go, ale w ostatniej chwili się powstrzymujesz.


Oczywiście na tym regaty się kończą. Przez następne 3 dni nie ma wiatru. Wszystko cię boli, sprzęt masz rozwalony, a rana na głowie od słonej wody wcale szybciej się nie goi. Wracasz do kraju i znów rzucasz się w wir treningu. Potem przychodzą zawody. Potem kolejne. Jedne, drugie, trzecie. Na krajowym podwórku radzisz sobie całkiem nieźle. Nie wypadasz poza pierwszą trójkę, ale na międzynarodowych regatach coś nie możesz się wybić. Za każdym razem coś ci przeszkadza, a poza tym chyba nie jesteś jeszcze wystarczająco szybki. Frustracja zaczyna odgrywać dość istotną rolę w twoim życiu. Trenujesz bardzo ciężko, ale tydzień przed wyjazdem na Sylt na ostatnie w tym roku PWA ktoś wyłącza wiatr. Odpoczywasz więc i jedziesz tam trochę wcześniej, a tam nie dość że nie wieje to jeszcze ciągle pada. I to nie tylko deszcz, lecz również od czasu do czasu grad.


Zawody zaczynają się od pełnej eliminacji wave'u. Z podziwem patrzysz na parę heatów, ale nie możesz już wytrzymać i idziesz na wodę. Cały dzień katujesz podwójniaki i brakuje ci bardzo niewiele, ale mimo wszystko nie jesteś jeszcze w stanie ustać ani jednego. Nie przyjechałeś tu pływać na wavie, więc po dwóch godzinkach kręcenia salt schodzisz pokonany. Następnego dnia jest totalne zero. Wszystkich roznosi, więc wieczorem uderzają na imprezę. Gdy przychodzisz lekko spóźniony, Bjorn zjeżdża akurat ze schodów na tyłku. Wchodzisz na parkiet, a tam siostry Moreno biorą cię w kanapkę. Są tam wszyscy idole twojego dzieciństwa, bawiący się w najlepsze. Łapiesz dobry flow, ale gdy zaczyna świtać poczucie obowiązku każe ci się trochę przespać, bo na jutro jest dobra prognoza.


Wiatr przychodzi po południu, idealnie na poranny chill w VIP zone. W pierwszej rundzie znów nie przechodzisz eliminacyjnego heatu. Frustracja już zaczyna tobą władać, gdy nagle przestaje ci zależeć. Mówisz sobie 'co będzie to będzie' i zupełnie odpuszczasz. I ku swemu i wszystkich zdumieniu gładko przechodzisz do półfinału. Tam masz słaby start i lądujesz w finale B. Lekko się denerwujesz, ale już samo dojście tu sprawiło ci przyjemność, więc czemu teraz miałoby być gorzej. Na start wybierasz pin end i przy tego typu fali okazuje się to idealny wybór. Wchodzisz na boję razem z całą paką, ale jesteś wewnętrzny. Robisz niezłą rufę i wychodzisz z boi pierwszy! Prowadzenia już nie oddajesz. Wprawdzie jest to ostatni dzień i ostatnia kolejka, więc pozycji już nie poprawisz ale i tak uśmiech gości na twej twarzy.


Zaczyna padać. Nikt nie może uwierzyć, że jakiś żółtodziób z Polski wygrał na PWA loosers final i są tobą pozytywnie zakoczeni. Słońce już zachodzi gdy kończysz znosić z plaży sprzęt. Spiker bierze cię na wywiad, dostajesz smsy z gratulacjami, Antoine klepie cię po plecach, a ty klepiesz jego bo wygrał ostatni finał i całe zawody. Ale to wszystko w tej chwili jakby do ciebie nie docierało. Jesteś w zupełnie innym świecie. Przystajesz na chwilę, uśmiechasz się. Unosisz ręce w górę i wydajesz okrzyk radości. Czujesz się niezwyciężony, wszechmocny i pewny siebie, ale przede wszystkim czujesz się spełniony. Tak niewiele potrzebne ci było do szczęścia przez ten cały czas...