fullscreen
Maciek Rutkowski w krainie kangurów

Maciek Rutkowski w krainie kangurów

21/06/2015 Surfmag

Maciek Rutkowski w krainie kangurów 1 - windsurfing Maciek Rutkowski w krainie kangurów 2 - windsurfing Maciek Rutkowski w krainie kangurów 3 - windsurfing Maciek Rutkowski w krainie kangurów 4 - windsurfing Maciek Rutkowski w krainie kangurów 5 - windsurfing

 

Aby dostać się do Australii na sesję zdjęciową Patrik Boards, przeszedłem przez małe piekło. Z Berlina poleciałem do Istanbułu stamtąd do Bangkoku, gdzie musiałem zmienić linię więc ponownie odprawić około 100kg nadbagażu (nie miałem ze sobą desek, dlatego tak mało) i do Singapuru, gdzie czekał mnie ponowny re-check-in i nocka w Starbucksie przy niesamowicie szybkim wręcz necie i trzech meczach NBA pod rząd. Całość zajęła, bagatela, 69-godzin...

1

Prosto z lotniska, odbierąjący mnie polski-australijczyk „Primo”, zawiózł mnie na jeden z miejskich spotów największego miasta na zachodnim wybrzeżu – Perth. Spoty w mieście uchodzą za dalekie od perfekcji. A mi już się podobało! Ciężki beachbreak z fajnymi sekcjami i woda na tyle ciepła, że po 15 minutach z pianki 3/2 przebrałem się w shorty i t-shirt. Swoją drogą irokez też przeżył jeszcze tylko kilka dni, mimo iż legenda głosi, że nie można zgolić irokeza dopóty dopóki nie wygra się Pucharu Świata, haha!

2

W Perth spędziłem jeszcze jeden dzień, i odebrawszy mojego teamowego kolegę Adama Lewisa udaliśmy się na południe do zielonego regionu Margaret River – miejsca gdzie Patrik Diethelm i Karin Jaggi (dwójka właścicieli firmy Patrik Boards sponsorującej mnie i Lewisa) mają imponujących rozmiarów dom z niezliczoną ilością sypialni i łazieniek, dwoma kuchniami, siłownią, ogródkiem po którym wieczorami biegają kangury itp itd. Jadąc do Australii liczyłem, że spotkam chociaż jednego, a okazało się, że nie tyle trzeba ich wypatrywać, co omijać je na drodzę i niestety wyganiać z ogródka, bo podżerają pomidory i wszelkiego innego rodzaju rośliny. Pomimo tego, że z domu do plaży było samochodem 15 minut, to łamiące się fale było słychać każdego ranka i każdego wieczoru, gdy wiatr cichł.

3

Pora było zejść na wodę na jednej z najlepszych miejscówek Świata, nie tylko do windsurfingu. W przyszłym roku w Margaret River zagości przystanek ASP World Championship Tour, a wraz z nim Kelly, Mick, Parko i cała reszta światowej czołówki. Nam ta fala od razu dała się poznać jako najgrubsza, najtrudniejsza i najsilniejsza ściana wody na jakiejkolwiek przyszło nam pływać. Nie była przyjacielska i nie chciała, aby ktokolwiek ją ujeżdżał, więc jeśli Ci się udało... satysfakcja gwarantowana!

4

Na spocie panują bardzo proste zasady. Jeśli rozwalisz żagiel lub maszt i wylądujesz w miejscu wyjścia – stawiasz sześciopak. Jeśli rozwalisz i wylądujesz w River Mouth (miejscu oddalonym kilkaset metrów z wiatrem gdzie rzeka Margaret wpada do oceanu), gdzie spycha Cię prąd – stawiasz karton (24-pak). Jeśli zrobisz coś z powyzszego bez złapania fali (wychodząc), kara jest mnożona razy dwa. Koniec końców cały ten browar piją wszyscy winsurferzy wspólnie po sesji o zachodzie słońca, ale i tak miałem wrażenie, że jakoś my kupujemy ciut więcej kartonów niż lokalesi..

5. Wiatr i swell chwilowo się wyłączyły, więc nadeszła pora ruszyć wzdłuż wybrzeża na północ. Przez Perth, Lancelin, Wedge Island, Green Head, Geraldton i Canarvron dotarliśmy do Gnaraloo. Gdy jedziesz przez zachodnią Australię, nawet Stevie Wonder zauważyłby zmiany klimatu. Z zielonego wilgotnego Margaret jechaliśmy w stronę suchego, pustynnego Gnaraloo. Co ciekawe w Zachodniej Australii jeździ się tylko dniami. W nocy za duże jest ryzyko uderzenia w kangura. Także zapakowani po dach, uzbrojeni w w kilka płyt, ruszyliśmy na północ gorące dni spędzając w aucie, a przyjemne jeżeli chodzi o temperature noce na nieprzyjemnych jeżeli chodzi o węże i pająki przydrożnych kempingach. Jedyne 1,5 tys kilometrów i mieliśmy już być na miejscu.

6

Dotarwszy do Gnaraloo rozbiliśmy obóz. Mieliśmy spędzić ponad tydzień na czymś co tylko z nazwy przypominało kemping. Światło, jedzenie i picie we własnym zakresie, pod prysznicem woda „odsalana”, czyli równie dobrze możesz wejść z szamponem do oceanu (tylko pod prysznicem nie ma rekinów), powietrze tak gorące, że jeśli pośpisz do 5.30 to masz wrażenie jakbyś właśnie przeżył noc polarną, zwierzęta regularnie zjadające ¾ Twojego jedzenia i prąd 2 godziny dziennie, o internecie nawet nie wspominając. O czymś zapomniałem? Tak, o muchach! Twój biały t-shirt o poranku w Gnaraloo nie jest już biały bo muchy obsiadły go w takiej ilości, że jest co najwyżej szary. Na odstraszanie próbowaliśmy wszystkiego – specjalne siatki, spraye, a nawet grube warstwy kremu z filtrem – nic nie pomagało. Trzeba było po prostu uzbroić się w anielską cierpliwość i czekać aż wiatr zacznie dmuchać około południa. To miejsce musiało być naprawdę niesamowite jeśli chodzi o warunki na wodzie, jeśli ktoś decydował się tam przyjeżdzać.

7

Ale gdy dotarliśmy na plaże, zrozumiałem, że to wszystko nie tylko jest warte poświęcenia, ale nawet spada na dalszy plan. Sama woda i rafa były piękne, a warunki bardziej przypominały grę wideo, niż rzeczywistość.

8

Siedząc na parkingu i oceniając warunki przed pierwszą sesją zastanawiałem się: czemu tutaj wszyscy są tacy dobzi, a w Margaret River były same fruty? Gdy wyszedłem na wodę to zrozumiałem. To nie ludzie i i ich poziom był taki niesamowity, ale warunki były tak łatwe i przyjazne. Tak jak Margeret River krzyczało, że nie masz szans, Gnaraloo subtelnie zachęcało Cię, żebyś pojechał radykalniej, spróbował nowy trik itp itd. Tam czułem się jak połączenie Robby’ego Naisha z Levi’em Siverem, a muchy zaczęły się wydawać całkiem przyjazne. Było to moje 10 najlepszych dni w życiu na desce z żaglem.

9

Wracaliśmy akurat w wigilię. Zatrzymaliśmy się zobaczyć najpiękniejszy zachód słońca jaki w życiu widziałem, a że nocą i tak nie wolno jechać, to urządziliśmy wigilijnego grila. Przełamaliśmy się kurczakiem, a ja w ramach polskich akcentów znalazłem polskie ogórki konserwowe Krakus w pobliskim supermarkecie.

 

10

Jak tylko z powrotem dotarliśmy do Margaret River, po kolejnym póltora tysiącu kilometrów, pojawiła się prognoza na jeden z secret spotów południowego wybrzeża oddalonego o raptem kolejnych sześćset. Dostępny jest on tylko samochodami typu 4x4, z bardzo umiejętnym kierowcą za kółkiem (czytaj: byliśmy w opałach). Jakimś cudem udało nam się tam dostać i wydostać w jednym kawałku, a krajobraz który zastaliśmy zapierał dech w piersiach. Tak jak Australijczycy generalnie należą do wyluzowanych to Ci z południowego wybrzeża to już coś niesamowitego – znaleźliśmy bank otwarty 2 godziny w tygodniu!

11

To co spot zwany Freddies nam zaserwował nie było do końca zgodne z nadziejami opartymi na prognozie. Jednak światło, które tam zastaliśmy pewnego popołudnia w zupełności nam to zrekompensowało. Tak kosmicznych kolorów jeszcze nie widziałem, a jedno ze zdjęc z tego popołudnia poleciało wprost na okładkę katalogu Patrika.

12

Na kilka ostatnich dni wróciliśmy do Margaret, a na horyzoncie majaczył duży swell. Najpierw przyszedł sam, bez towarzystwa wiatru i pora była na moje pierwsze spotkanie z surfingiem na naprwdę dużych falach. To co się dokładnie stało opisałem już w poprzednim numerze Surfmagu’u (#4). W skrócie mówiąc zjadła mnie 7-8 metrowa fala, a 2 jej kolejne koleżanki złamały mi się na głowę jak tylko się wynurzyłem, żeby złapać oddech. Efekt? Jeden urwany leash, jeden Polaczek na skraju utopienia, ogromna ilość adrenaliny, wiele momentów, których już nigdy nie zapomnę i cholerna chęc wrócenia tam i objechania tak wielkich fal raz jeszcze.

13

A potem przyszedł wiatr i mieliśmy coś w czym czuje się trochę bardziej komfortowo – windsurfing na dużych falach. Był to już ostatni dzień mojego pobytu i nie mogłem się powstrzymać, aby troszeczkę popchnąć granice jakie do tej pory przyjmowałem ujeżdżając duże fale. Udało się... zaliczyć kosmiczną pralkę i na koniec wyjazdu poskładać w kostkę kolejny już na tym wyjeździe żagiel (wyjechałem z nawet nie połową sprzętu, który przywiozłem). Ostatni Australijski zachód słońca uświadomił mi jak bardzo nie chce wracać i jeszcze raz rzucić wyzwanie tym falom. Ale niestety rozsądek wygrał i po kolejnej cholernie długiej podróży oraz przystanku w fabryce desek Cobra w Bangkoku, wróciłem do rzeczywistości.