fullscreen
Moje życie w trzech... falach

Moje życie w trzech... falach

10/09/2014 Surfmag

 

 

 

 

 

 

Moje życie w trzech słowach falach

Puściłem drążek. W przeciwieństwie do poprzednich, ta była bardzo duża. Nie wiem co czują inni, ale gdy ja łapię falę z moimi zmysłami dzieje się coś dziwnego - nie widzę, nie słyszę - po prostu czuję. Czułem, że ta jest duża i mocna. Czułem, że nie jest do końca zadowolona, że próbuję ją ujechać. Czułem, że jeden mały błąd, a ona z ogromną satysfakcją zmieli mnie i spróbuje przetrzymać pod wodą tak długo, aby jej następczyni również mnie zmasakrowała.

Ale co tam, przecież nie przejechałem trzech czwartych świata, żeby teraz się wycofać. Próbuję pojechać w prawo, na frontside, w stronę z dużo szerszym peak’iem i zamykającą się sekcją. Pompa, pompa, pompa, żeby przejechać przez sekcję, ale widzę już jak nade mną lip zaczyna się robić biały. Kolejne kilka pompek. Za późno. Polecę z lipem prosto na płyciutką rafę. Pora uciekać. Postanawiam więc spróbować wyskoczyć za falę. Wbijam krawędź, czuje przyspieszenie, lekkie uderzenie po kostkach, trochę swobodnego spadania i na główkę do wody. Uff, udało się.

Wynurzam się i widzę co nadchodzi. „Rutkowski, ty idioto!” – myślę, ciągnąc za leasha. Wciągam się na deskę, czuję wbijające się w brzuch i klatkę strapy oraz zero wyporności – jak to deska do tow-in surfingu. Wiosłuje jak opętany, ale ponieważ jestem idealnie w środku rafy, widzę, że zamykająca się sekcja złamie się prosto na mnie. Odrzucam deskę, nabieram powietrza i nurkuję jak najgłębiej tylko mogę, czego kamizelka wypornościowa zdecydowanie nie ułatwia. Uderzenie nie nadchodzi i przez ułamek sekundy myślę, że się udało – znowu błąd. Najpierw uderzenie, potem parę salt i... ciemność. Uszy „przeskakują” i coś zaczyna dzwonić. Kiedyś powiedziano mi, że gdyby mi się wydawało, że jestem długo pod wodą powinienem zacząć liczyć, bo bardzo rzadko trzyma cię dłużej niż 7 sekund. Doliczam do 15. Gdy brakuje powietrza, czas zwalnia. I wiecie co? To nie ściema, że życie przelatuje przed oczami, a w głowię zaczynają się pojawiać pytania.

Co ja tu robię?? Jak to się stało, że chłopak, który w weekendy na jeziorze Gardno uczył się windsurfingu, raptem kilka lat później uprawia big wave surfing w zachodniej Australii? Jak to się stało, że ten sam, przygarbiony, słaby fizycznie chłopak wygrywa Młodzieżowe Mistrzostwa Świata i jako jedyny Polak startuje w PWA (Professional WindsurfersAssociation – odpowiednik surfingowego ASP, absolutna windsurfingowa Liga Mistrzów – przyp.red.). Sam, kurde, nie wiem, jakoś tak się potoczyło. Oto moja historia:

Urodziłem się 13 grudnia 1991 roku w Słupsku. Mój ojciec był zapalonym żeglarzem i gdy w czasie stanu wojennego  nie chcieli wypuścić jego i jego kumpli z portu, oni, żeby zagrać na nosie władzom, zaczęli pływać na deskach (które wtedy bardziej przypominały łódki) w basenie portowym. Nie zajęło długo, żeby to właśnie windsurfing, a nie żeglarstwo, zajął  pierwsze miejsce na liście priorytetów, a ja i mój starzy o 5 lat brat zostaliśmy wrzuceni w sam środek tego zamieszania. Swojej pierwszej lekcji nie pamiętam, myślę, że mogło jej nawet nie być. Bawiłem się z bodyboardem lub deską w jeziorkowym mule, potem na desce jakoś znalazł się żagiel, a potem jakoś pływałem. Moje wspomnienia zaczynają się dopiero, gdy tata postanowił popchnąć nas o krok dalej i zapisał do klubu rodziny Brzozowskich i letniego obozu, który mieścił się w Łebie. Tam, pod okiem m.in. Wojtka i jego ojca, trenera Mariana tak naprawdę zaczęliśmy się rozwijać i powoli przechodzić z jeziorkowej zabawy do prawdziwego pływania, na morzu. Leszek (brat Maćka – przyp.red.) już w 2002 roku wygrał Młodzieżowe Mistrzostwa Polski, a ja powoli też zaczynałem wygrywać pierwsze wyścigi w młodzikach (poniżej 15) i juniorach (poniżej 17). Taki mały, kudłaty blondas-windsurfer wzbudzał zainteresowanie zarówno na plaży jak i troszeczkę w mediach, nie mówiąc o tym, że na nasze liczne maile o sponsoring przynajmniej zaczęły pojawiać się odpowiedzi (głównie odmowne oczywiście). Starboard zaproponował wyjazd na Hawaje na coroczną sesję zdjęciową, pojawiło się kilka zdjęć w sieci, kilka drobnych wywiadów ze mną i bratem, który w tamtym czasie walczył o czołowe miejsca na świecie  w młodzieżowcach, lokalna prasa też zaczęła robić z nami jakieś mini wywiady – generalnie zaczęło się coś wokół nas dziać. Zewsząd płynęły pochwały, bo przecież byłem jedyny taki młody na takim poziomie w Polsce i prawdopodobnie jeden z nielicznych na świecie. Na Hawaje nie pojechałem z niewiadomego do dziś powodu, a w Polsce jak to w Polsce – pływanie poza 4-5 miesięcznym sezonem nie należy do przyjemnych,  a ja do najtwardszych 12-14 -latków nie należałem.  Rówieśnicy z Francji, Hiszpanii, Włoch czy spoza Europy mieli zdecydowanie lepsze warunki do rozwoju w tak kluczowym momencie, a ja wyjeżdżałem z kraju jedynie na 2tygodnie na ferie zimowe i tydzień na Wielkanoc. I tyle. Na juniorów (poniżej 17 lat) jeszcze wystarczyło – wygrałem 2 tytuły Mistrza Świata, jeden po bardzo zaciętej walce, a drugi bez większych problemów. Natomiast gdy wszedłem do młodzieży (poniżej 20 roku życia), schody zaczęły się na dobre. Brak ograniczeń wielkości żagla, dużo więksi, silniejsi konkurenci – jak masz 17 lat, nikt już nie patrzy na ciebie jak na dzieciaczka ze śmiesznym afro, tylko jak na rasowego zawodnika. No i oczywiście w pierwszym młodzieżowym sezonie na MŚ skończyłem 4-ty. Brzmi OK, ale chłopak, który od dziecka wygrywał absolutnie wszystko, a jak nie wygrywał to i tak dawali mu nagrodę bo był najmłodszy, był załamany. Francuzi (bo to właśnie 3 żabki były przede mną) uciekali ze szkoły i rowerami jeździli na plażę pływać, a ja, raz że na uciekanie byłem za grzeczny, a dwa że nawet jeśli bym uciekł, to mogłem najwyżej pójść na sanki. Tak czy siak, w tamtym momencie nie zdawałem sobie sprawy dlaczego inni rozwijali się szybciej niż ja.

***

Zrobiło się jakoś jaśniej i poczułem, że kamizelka wreszcie zaczęła wypierać do góry, nie była równie bezradna jak ja w jednym wielkim bąbelku powietrza. Wynurzyłem się na powierzchnię, złapałem ogromny oddech tylko po to, żeby zobaczyć, że zaraz zostanę sprany po raz kolejny. W uszach nadal mi przeraźliwie piszczało. Tym razem zanurkowałem wcześniej, zrobiłem o kilka ruchów rękoma i nogami więcej licząc, że zanurkuje wystarczająco głęboko, że fala przejdzie nade mną. Znowu błąd i znowu pralka.

***

Zrobił się rok 2009. Miałem już prawie 18 lat, byłem 2-gi i zarazem przedostatni rok w młodzieżowcach. I już nawet w Polsce zacząłem mieć problemy. Poziom rósł z dnia na dzień, a ja wydawało się, stałem w miejscu. Przed sezonem pożegnałem się z jedynym sponsorem z prawdziwego zdarzenia, którego z bratem wtedy mieliśmy. Wreszcie zacząłem trenować trochę ciężej, ale był już środek sezonu, kiedy w Polsce lato budzi się do życia, a my jedziemy na nasz coroczny obóz do Łeby.  Nim się obejrzałem zrobił sięlipiec i jedziemy na Mistrzostwa Świata do Kadyksu. Zaczyna się dobrze i po 3 dniach mam tylko punkt straty do lidera, ale jestem trzeci. I wtedy kończy się wiatr. Znów może to się wydawać sukcesem, ale na windsurfingowym rynku atrakcyjnymi kąskami są tylko zwycięzcy i to też nie zawsze. Od zawsze jednak, aby dodać swojej osobie wartości medialnej czy sponsoringowej starałem się działać jak najwięcej w mediach. Wychowałem się na pisaniu relacje na SiePlywa.pl, obrabianiu zdjęć czy składaniu filmików. Jak dziś patrzę na niektóre rzeczy sprzed 8 lat to nie wiem czy się śmiać czy płakać, ale zawsze był to jakiś początek.Temat pociągnąłem i w tej chwili mogę się już pochwalić, że na koncie mam stałą rubrykę felietonów MR23 na SiePływa, film pełnometrażowy, klip obejrzany przez ponad 50 000 ludzi, całostronicowe artykuły w gazetach, podpisaną umowę na emisję moich filmów w sieci ekranów publicznych, okładkę w magazynie windsurfingowym (kwiecień 2013) i wiele innych przedsięwzięć, dzięki którymmam w ogóle z czym pójść na spotkanie ze sponsorem… No,ale wróćmy do 2009 roku, kiedy tego wszystkiego jeszcze nie miałem. W miarę jak sezon siękończył, ja zacząłem się rozkręcać, a na sam koniec były Mistrzostwa Europy. Zacząłem od kraksy (oczywiście z mojej winy, więc dyskwalifikacja z tego wyścigu) i jak zazwyczaj, gdy źle zaczynam moja głowa weszła w tryb: mam to w dupie, będzie co będzie. I oczywiście jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zacząłem wygrywać heat za heatem i wygrałem całe zawody z największą przewagą, jaką kiedykolwiek udało mi się uzyskać. I tak jak mówiłem – liczą się tylko zwycięzcy. Nagrodą było zainteresowanie Gaastry/Tabou (jednego z tak zwanej wielkiej piątki windsurfingowych konsorcjów) i w zamian za dużo medialnej pracy i jak najlepsze wyniki na kolejny sezon miałem się stać „twarzą” Gaastry i Tabou na Polskę.

Długo się nie pocieszyłem, bo we wrześniu zaczął się rok maturalny i skończyło się życie. W kwietniu były jednak MŚ, ostatnie w mojej młodzieżowej karierze.  Z rodzicami nie było rozmowy – przed maturą nigdzie nie wyjeżdżasz i tyle, no chyba, że na same zawody. Udało się wynegocjować niecały tydzień na trening, ale i tak czułem, że skończy się to totalną klęską. W słabym wietrze na treningach dostawałem od mojego sparingpartnera (późniejszego Młodzieżowego Mistrza Świata Gutka Kurczewskiego) taki sromotny wpie**ol, że modliłem się o cokolwiek ciutkę mocniejszego. Oczywiście nie przyszło, ale z moją prędkością nie było tak źle. Zaliczyłem natomiast 2 falstarty w pierwszych 3 wyścigach!! Przed ostatnim dniem byłem 8-my i miałem tylko iluzoryczne szanse na podium czy zwycięstwo. Musiało się spełnić X warunków, ale przede wszystkim musiał być wiatr, którego w prognozie po prostu nie było. Aż tu nagle...

***

Wynurzyłem się i złapałem oddech. To mielenie nie było aż takie złe jak poprzednie, ale w uszach dalej mi dzwoniło, a zmęczenie dawało już się we znaki. Zobaczyłem nadchodzącą czwartą falę setu, oby ostatnią. Pociągnąłem szybko za leasha, wdrapałem się na deskę i zacząłem wiosłować ile sił w członkach. „Długie, płynne ruchy” powtarzałem sobie, ale pewnie i tak pewnie szarpałem jak się tylko dało. Tym razem wyglądało no to, że przejdę górą. Udało się! Byłem po drugiej stronie a następnej fali nie było. Odetchnąłem z ulgą... I w tym momencie poczułem jak moje nogi są wciągane tak mocno, że żadne machanie rękoma nie pomoże. Poczułem jak leash ciągnie mnie najpierw w dół, potem w góre i w każdą możliwą stronę, aż ciągnięcie ustało. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może się urwał, ale znów byłem tak głęboko, że głowa była na granicy eksplozji.

***

Wchodząc na scenę, żeby odebrać tytuł Młodzieżowego Mistrza Świata, nadal nie mogłem w to uwierzyć. Na schodkach nań prowadzących potknąłem się ku radości zgromadzonych ludzi. Potem mówili, że pewnie (jak na Polaka przystało) byłem pijany, ale ja po prostu byłem oszołomiony i cholernie szczęśliwy. Wygłosiłem prawdopodobnie najgorszą przemowę świata i łaskawie dałem się znieść z podium i wrzucić do wody w ciuchach (taki windsurfingowy zwyczaj, który niestety ostatnio zanika).

Byłem Młodzieżowym Mistrzem Świata i tak jak wcześniej w ogóle o tym nie myślałem, tak teraz wiedziałem już, że chcę pójść o krok dalej. A dalej była tylko jedna opcja – Puchar Świata PWA. Tzw. Puchar Świata Zawodowców, absolutna windsurfingowa Liga Mistrzów, coś czego żadnemu Polakowi nie udało się podbić i coś, co od dziecka śledziłem i o czym od dziecka marzyłem. Teraz miałem w ręku coś, co otworzy mi furtkę do tych właśnie marzeń. Złożyłem podanie o dziką kartę i raptem 2tygodnie przed rozpoczęciem zawodów, gdy już byłem pewien, że nie dostanę odpowiedzi, przyszło potwierdzenie. Szybko kupiłem lot, ogarnąłem  kwaterę i lecim. Jako to absolutnego żółtodzioba przystało dostałem domek m.in. z... Mistrzem Świata Kevinem Pritchardem, gościem, który jako pierwszy, po 12 latach dominacji, pokonał Bjorna Dunkerbecka, nadmistrza, terminatora, mr. windsurfing. I Kev okazał się najrówniejszym gościem na świecie. W ogóle wszyscy super mnie przyjęli i poza kilkoma gośćmi z czołówki, którzy raczej chadzali swoimi ścieżkami, wszyscy byli super otwarci i chętni pomóc nowicjuszowi. A było w czym pomagać! W tamtym sezonie pojechałem na 3 imprezy PWA i w każdej dostawałem mniejsze lub większe bęcki. Ale były też postępy i to się liczyło. Pierwszy sezon skończyłem na  56. miejscu w światowym rankingu, drugi na 42., co gwarantowało start bez każdorazowego podania o dziką kartę. Trzeci, czyli 2012, na 27. w tym windsurfingowym WCT (World Championship Tour – cykl zawodów o najwyższej randze w zawodowym surfingu – przyp.red.)  – także malutkimi kroczkami, powoli do przodu. Całe szczęście zebrałem się do kupy w pojedynczych imprezach i w Mistrzostwach Świata Seniorów skończyłem 4-ty, a wMistrzostwach Europy Seniorów 5-ty. Na osłodę dosyć ciężkiego sezonu w PWA, zostałem nagrodzony tak zwanym „małym” Pucharem Świata – dla najlepszego zawodnika poniżej 23 roku życia. Super uczucie znowu coś wygrać po dwóch pełnych sezonach nie bycia już młodzieżowcem (czytaj: nie wygrywania). Stanie na najwyższym stopniu podium przed dziesiątkami tysięcy ludzi zgromadzonymi na plaży niemieckiej wyspy Sylt, wynagrodziło wszystkie trudności, finansowe problemy, prywatne poświęcenia, godziny wylewania potu na siłowni, nie imprezowanie, spanie w furze oraz tysiące kilometrów spędzone za kółkiem i tysiące euro wydane na paliwo, bilety, excessbaggageitp itd. Niestety, zawsze gdy przychodzi do Mistrzostw Polski, moja głowa jest chyba w innym wszechświecie i kończę absolutnie ostatni J

Ściganie się jest super, ale czasem potrzebujesz zmiany, oddechu, czegoś z większą ilością wolności i kreatywności, bez stresu zawodów i wyciskania 250% ze swoich możliwości fizycznych i sprzętowych. I tak oto moja miłość do fal rosła z roku na rok. Gdy byliśmy młodzi, jeździliśmy z bratem i tatą do Egiptu, na Rodos i generalnie w miejsca, gdzie fali większej niż pół metra w życiu nie widzieli (choć oczywiście twierdzą co innego). Aż wreszcie któregoś roku chcieliśmy pojechać w nowe, „nieodkryte” miejsce i wybraliśmy się na Wyspy Zielonego Przylądka. Cabo Verde powitało nas niewielką ilością wiatru i walącym codziennie w zachodni brzeg swellem. Wtedy właśnie pierwszy raz poczułem, co to jest jazda na fali i jaka jest esencja windsurfingu – „surfingu z wiatrem”. Od tamtego wyjazdu co zimę szukaliśmy już miejsc  z konkretnym warunem do wave’u. I tak trafiliśmy do RPA, które odwiedziłem potem jeszcze 2 razy na całą zimę. Jazda na fali daje mi jakąś taką innego rodzaju satysfakcję i zdecydowanie poczucie najbardziej bezpośredniegoz możliwych połączeń z naturą. Jesteś tam ze swoim sprzętem, ale to żywioł dyktuje warunki, a ty tylko próbujesz to wykorzystać. A gdy wyjdzie ci coś trochę i dostaniesz choć godzinę z dobrymi warunkami, jesteś absolutnie uzależniony. A nie byłbym sobą (cholernie zawziętym, kochającym rywalizację gnojkiem), gdybym nie spróbował sił w międzynarodowych zawodach i w tej dyscyplinie. W debiucie w Pucharze Świata udało mi się zająć 17. miejsce i pobić wynik najlepszego Polaka w historii PWA wave (miejmy nadzieję, że rekord nie utrzyma się długo!). Personalnie też znaczyło to dla mnie całkiem sporo, bo większość polskiego środowiska nie rozumie niestety istoty windsurfingu na falach i sprowadza go tylko i wyłącznie do skoków, które wszędzie na świecie traktuje się jak sprawę drugorzędną, a patrzy na styl, moc, flow, płynność, łączenie i wiele innych rzeczy związanych z wave-ridingiem.  Zasłyszane nie raz opinie, że nie jestem równie dobry jak X czy Y, bo nie robię jakiegośtam triku w powietrzu dodatkowo zmotywowały mnie do pokazania wszystkim, ile można zwalczyć samą, czystą, prawdziwą jazdą na fali. Choć oczywiście w powietrzu chciałbym być lepszy (dużo gorszym się nie da! J) i szanuje wszystkich świetnych skoczków, ale nie bez powodu nasz sport nazywa się wind-SURFING. Nie zastanawiało to nigdy nikogo? J Ale może to tylko ja i moje dziwne upodobania. Oczywiście, gdy trochę się w to wkręcisz chcesz dłuższego przejazdu, więcej zakrętów, więcej mocy, większej fali o lepszym kształcie, lepszym kierunku wiatru z lepszym pływem itditditd – poszukiwania są nieskończone. Więc gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Zachodniej Australii na sesje zdjęciową Patrika (mojego sponsora deskowego), nie myślałem nawet trzech sekund. O tym, co tam zastałem w innym odcinku, ale jedną z rzeczy, która mnie tam przyciągnęła, była możliwość spróbowania tow-in surfingu. Patrik ma skuter, zna wszystkie spoty wokół Margaret River, które jest prawdopodobnie miejscem z największą ilością big wave spotów na świecie. The Box, The Right, Gas, CowBommie, The Bommie, Boatramps, North Point to tylko jedne z wielu znanych na całym świecie miejscówek (dodajcie do tego wszystkie secret spoty). Dla polskiego windsurfera, który zaczynał na lokalnym jeziorku, a na surfingu wygląda jak 90-letnia babcia próbująca przejść jedną z ulic Manhattanu na czerwonym świetle, tow-in, który wydawał się dużo bardziej zbliżony do windsurfingu, był super alternatywą. Prognoza była ogromna, lecz sztorm był bardzo blisko wybrzeża, więc swell nie miał czasu, aby się wyklarować, a pierwszego dnia, z wiatrem do brzegu, był to jeden wielki chaos. Drugiego dnia, gdy wiatr już zdecydowanie zelżał, po drugiej pod rząd pobudce o 4 nad ranem i oglądaniu wschodu słońca z rampy do wodowania łódek, postanowiliśmy spróbować. Swell nie był ogromny jak dnia poprzedniego, ale miał trochę rozmiaru –5-8metrów było absolutnie wystarczające na pierwszy raz na „tołinie”.

***

W momencie w którym przestaje cię mielić, czujesz, jakby przytulający się do ciebie niedźwiedź wreszcie wypuścił cię z uścisku. Potem musisz tylko zaczekać, aż woda wokół ciebie faktycznie będzie wodą, a nie powietrzem i kamizelka zacznie działać. Parę ruchów rękoma i jestem na powierzchni. Duży oddech, obczajka dookoła, żeby upewnić się, że to faktycznie była ostatnia fala z setu i znajomy, jak bardzo miły dźwięk zbliżającego się silnika w dzwoniących wciąż uszach. Wskoczyłem na tył i wreszcie mogłem trochę uspokoić oddech. Z kostki wisiała resztka urwanego leasha, a deska oczywiście była na totalnie suchej rafie bliżej brzegu. Udało się ją jednak jakoś odebrać, wrzucić na bok skutera i około godziny 9, gdy większość ludzi właśnie wstaje (Australijski grafik), zawinąć z powrotem w stronę rampy. Na odchodnym rzuciłem w myślach: „jeszcze tu wrócę” – i choćbym na taki dzień miał czekać 10 lat, zrobię to, bo nie ma drugiego takiego uzależniającego uczucia, jak jazda na dużych falach. Po Australii mogę śmiało pójść na terapię powiedzieć:” Cześć, nazywam się Maciek Rutkowski i jestem uzależniony” – i nie będzie w tym ani grama nieprawdy. Jednak w przeciwieństwie do innych uczestników, ja jestem z tego całkiem dumny, a napewno niesamowicie szczęśliwy i ogromnie podekscytowany, że mając 21 lat mogę nazwać się zawodowym windsurferem i nic nie jest w stanie zabić tego jakże pozytywnego uczucia, że Twoje życie opiera się na tym, co kochasz i co chciałbyś robić tak czy siak. „Musisz” tylko codziennie wychodzić na wodę, parę razy w tygodniu potrenować coś na brzegu, napisać parę maili do sponsorów, stworzyć od czasu do czasu jakiś artykuł czy film, jeździć z miejsca na miejsce poznając nowych ludzi, wszystkich dzielących tę samą pasję i żyć w zgodzie z naturą, robiąc to na co pozwala ulubiony żywioł. Czy można mieć więcej szczęścia?  J